Przyjaźń
Mówiąc o duchowości Frassatiego nie można zapomnieć o ogromnej roli jaką przywiązywał do prawdziwej przyjaźni. W ostatnich latach swego życia szukał jej najmocniej, najbardziej intensywnie. Perspektywa przemijalności, nagłego odejścia była stale obecna w jego życiu. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, iż tak gorliwie jej szukał, ponieważ bał się bliżej nie określonego końca. Ale w jego postawie było coś ujmującego, szukał przyjaźni by „kroczyć prostą drogą ku Celowi”. Myślał wtedy głównie o innych. Między innymi również Towarzystwo Ciemnych Typów, pomyślane i zrealizowane przez niego, by w jakiś sposób razem się umacniać.
Luciana Frassati tak wspomina: „Pier Giorgio wyczuł, że wartość tej grupy może stać się czynnikiem wzmacniającym zapał chrześcijańskiego apostolatu, w ty celu posługiwał się swoim ulubionym narzędziem – wesołością, która w najrozmaitszych postaciach królowała w tym zespole, pobudzając ducha wspólnoty i jednocząc wszystkich pod magicznym znakiem śmiechu. Tylko w ten sposób możliwe było skupienie elementów bardzo różnorodnych, nie zawsze wrażliwych na wartości duchowe”.
Towarzystwo Ciemnych Typów było bez wątpienia miejscem w którym realizował swój „apostolat przekonywania”. Tak pisał o nim w swoim przemówieniu do członków koła „Giovane Pollone”: „ jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej potrzebnych; zbliżcie się o młodzi, do waszych towarzyszy pracy, którzy żyją daleko od Kościoła i spędzają wolne godziny nie w zdrowych rozrywkach, lecz w występku. Przekonajcie tych nieszczęśników, żeby poszli drogami Bożymi, gdzie jest wiele cierni, ale też wiele róż”. Na pewno w tym towarzystwie nie było, aż tak źle. Panowały tam patrząc z dzisiejszego punktu widzenia bardzo dżentelmeńskie zasady. Już sam fakt przebywania razem w jednej organizacji dziewcząt i chłopców było jak na tamte czasy wystarczającą ekstrawagancją.
A jakim apostołem sam był w praktyce, pisze o tym jego siostra: „(…)urządzono wycieczkę do Piacenzy dla słuchaczy kursu mineralogii. Naleganie Pier Giorgia, żeby godzina odjazdu dała się pogodzić z dopełnieniem niedzielnego obowiązku wysłuchania mszy św., spotkało się z suchą odmową profesora Augusta Stelli: „Jesteśmy tu wśród studentów, nie wśród dzieci Maryi”. Mój brat nie przejął się tą ostra odpowiedzią: po prostu nie pojechał razem z nimi, tylko dołączył do nich w Mediolanie, wysłuchawszy przedtem mszy św. Po przybyciu do Piacenzy i zwiedzeniu szybów wiertniczych, kiedy większość kolegów wypełniała wolny czas niewybrednymi rozrywkami, on, pociągnąwszy za sobą Giovaniego Griffę, poszedł obejrzeć nowy most na Padzie”.
Frassati miał kilku bardzo bliskich przyjaciół, z którymi stale prowadził korespondencje. Te listy jak pisze Luciana „są świadectwem jego absolutnej czystości: czystości przenikającej całe jego życie, każdy gest, każde słowo. Spośród sądów, jakie o nim wypowiadali jego spowiednicy znane są słowa Don Carla del Ry, spowiednika Frassatiego: „Nie będzie zdradą tajemnicy, jeśli powiem, że w sierpniu 1924 roku Pier Giorgio był jeszcze niewinny jak w chwili chrztu.” O tej nieskalanej niewinności świadczy jego uśmiech, tak łatwo przechodzący w przejrzystą kaskadę śmiechu”.
Czym była obecność i przyjaźń Frassatiego dla jego przyjaciół daje nam namacalne wręcz wyobrażenie, niezwykle piękny i głęboki list, napisany tuż po jego śmierci przez Clementinę Luotto do Marka Beltrama. Przytoczmy go całości:
„Marco, to pierwsza noc, kiedy Pier Giorgia nie ma już w domu, przynajmniej w tej świętej postaci, w jakiej wczoraj doznałam łaski ujrzenia go w blasku czystości i piękna. Nie ma z kim po nim płakać i myślę o panu, który był mu pod każdym względem bliższy ode mnie. Przed tym łóżkiem, które wydało mi się ołtarzem, po raz pierwszy w życiu poczułam – z lękiem, jakiego nigdy nie zdołam wypowiedzieć – że śmierć zstępuje z góry i że może być, jak tu właśnie wniebowzięciem. Czuję się teraz tak dalece niegodna zbliżenia z jego duszą, że aż drżę z zawstydzenia i bólu, bo myślę, że Pier Giorgio, widząc mnie taką teraz, jaką naprawdę jestem, odtrąci mnie, wykreśli z grona swoich przyjaciół jako jedną z pustych i niegodnych osób, z którymi zetknął się tu, na ziemi, przez pomyłkę. Ale może jego miłosierdzie, płonące teraz jeszcze gorętszym, płomieniem, ulituje się nad tymi, którzy najbardziej go potrzebują? Nie umiem się modlić – nie modlę się za niego, bo to wydawałoby się szaleństwem – ale proszę go, by pomógł mi zasłużyć na to, bym go pamiętała. Wydaje mi się, że aby mnie ukarać, spełnia się groźba z Ewangelii: „Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada”. Tylko jego dobroć trzymała nas zjednoczonych. Niech Bóg policzy kroki, które on zrobił przychodząc do mnie, do mojej mamy, przynosząc pozdrowienie, dobre życzenia, słowa niezmiennie pogodne, światło swojego łagodnego spojrzenia, naiwnego jak u dziecka, a głębokiego jak u mędrca. Kto zatrze w naszej pamięci jego uśmiech, ale tez kto nam go powróci? Bóg, Marco, obdarzył nas tą nocą w pociągu między Turynem a Oulx, wśród całej tej bieli śnieżnej, po to, byśmy byli z Pier Giorgiem, widzieli go w jednym z jego najprzeróżniejszych wcieleń: jak w swoim płaszczu nieprzemakalnym przenosi bagaż, a potem jak krząta się tam i z powrotem wzdłuż pociągu, w śniegu i wodzie, deklamując swole ulubione wiersze – Carducciego i Marradiego – na cały głos, bo myślał, że nikt go nie słyszy, a do nas przypływała fala, to silniejsza, to przytłumiona, jego głosu i my śmialiśmy się, ale czuliśmy też że tylko on jeden zdolny jest do tego, tylko on jeden może być taki. Wraca potem do przedziału – pamięta Pan? – i wszyscy skarżą się że tak hałasuje. Więc on siada cicho na swoim miejscu, obok mnie, oddzielony tylko poręczą, i ja myślę, że zasnął, ale spostrzegam, że on cicho odmawia różaniec na swojej koronce z szarych ziarenek, która dla nas wszystkich jest wspomnieniem o nim; jeszcze dwa dni temu wspomnienie to było mi drogie, teraz stało mi się święte, że oddałabym wszystko, żeby go nie utracić. Jadłyśmy tej nocy – my dziewczyny – i on sam nas do tego zachęcał, żebyśmy nie osłabły z głodu, ale on nie jadł i pan, Marco, nie jadł także, a potem o świcie w bieli miękkiej jak sen, w tym kościółku, przy tym małym ołtarzyku wydaliście mi się obaj tacy silni, tacy dobrzy, że poczułam się od was daleka. A teraz kto będzie chodził w góry? O, ten jego plecak! A pamięta pan jego płaszcz – na Piano della Mussa – i te minerały, którymi się obładowywał, „dla odrobiny granatu”, mówiliśmy, a on śmiał się, śmiał i cały promieniał radością. I te jego gwizdek do przywoływania tych, którzy byli daleko? I te jego śniadania? Od słodkiego do słonego, do kwaśnego, żeby znów zacząć od początku. Tina wołała: „Ależ, Frassati, odbiera nam pan apetyt!” A on się usprawiedliwiał, jakby się dopuścił wielkiego uchybienia i częstował nas wszystkich swoimi smakołykami, zachęcają głębokim głosem i gestem tak szerokim, że tym, którzy go pamiętają, będzie się zawsze zdawało, że wraz z Pier Giorgiem zniknął na zawsze obraz serdeczności. Miewał też niepowtarzalnie delikatne odruchy., mocną wspaniałą głowę, która wydawała się chwilami główką dziecka. Z wdzięcznością przyjmował ofiarowaną mu pomarańczę, a jeśli ktoś dal mu kwiatek, przechowywał go troskliwie. Tego roku przyjaciele pisali mi: „Szkoda, że nie ma tu Pani z nami!” A on, nie wiedząc o tym: „Pani jest zawsze z nami, nawet kiedy pani jest daleko”. I wszystko zrozumiał. W książce, którą mi Pan podarował, Marco, jest jedna myśl bardzo piękna, mówiąca o szczególnej wzniosłości ducha Pier Giorgia. Można mu się był zwierzyć z każdego uczucia – byleby było szczere – i mieć pewność, że będzie zrozumiane. Tylko dwulicowości nie rozumiał. Do najdelikatniejszych uczuć odnosił się z taką czcią, że nie sposób było sobie wyobrazić piękniejszej formy wierności. Kiedy wchodziliśmy na Sauze, a tego dnia padał śnieg, najbardziej troszczył się o szkocką czapeczkę, żeby się nie zmoczyła, nie zniszczyła, bo tę czapeczkę podarowała mu jego siostra. Pamięta Pan, miał włosy całe ośnieżone i obwiązaliśmy mu głowę pomarańczowym szalikiem, tak że wyglądał jak szach perski, a on się śmiał. Ale jego czapeczka leżała sobie nie w jego plecaku, bo tam za dużo twardych puszek, tylko w moim, staranie owinięta w coś wełnianego. A kiedyśmy już doszli, częstował nas białym winem i wydawało nam się, że jesteśmy królami Sauze, i wszyscy inni są wręcz śmieszni porównaniu z nami. O, to cudowne dziecięctwo, które rodziło się z niego i otaczało go i dawało nam taką lekkość, taką gotowość do trudnych podejść, taką wolność od wszelkiego lęku, takie poczucie bliskości Boga, którego on nosił w sobie! Któż da nam jeszcze kiedyś taką oczyszczająca radość? Kto powtórzy, nie tylko przed naszymi oczyma, ale w nas samych, cud świętości radosnej, beztroskiej, świeżej krzepiącej jak woda z alpejskich źródeł? Myślę o tym, że cud łaski przeszedł koło mnie, a ja w mojej tępocie nie dostrzegłam go. Nie znaczy to, żebym nie wyczuwała w nim czegoś zupełnie niezwykłego – pan sam wie, że nie mówię o nim nic takiego – teraz, kiedy śmierć ukazała go nam w postaci gorejącego krzaka – czego nie mówiłem i nie mówiliśmy wszyscy już dawno – ale nie umiałam prosić go o pomoc, nie nauczyłam się niczego, niczego! I nic nie zrozumiałam! O, tego wieczora, Marco, ostatniego wieczora, kiedy byliśmy razem, był już chory. Ubiegłej zimy, w nowym górskim stroju wyglądał jak posąg z brązu. A wtedy wydał mi się nagle jakiś mniejszy, wychudły, zmęczony: pomyślałam o egzaminach, letnich upałach, a tymczasem on zaczynał się już od na oddalać: „Blady pan jest, Frassati. – Potrzeba mi gór!”. Tak, wznosić się, coraz wyżej! Ale już nie z nami! Nie mogę znaleźć spokoju. Wszystko, co wydawało mi się darem losu, teraz widzę jako karę, sznur, który trzyma nas uwiązanych do ziemi. Prawda jest tam, na tamtym łóżku, z bijącymi promieniami jakiegoś nadludzkiego dostojeństwa. Świeci księżyc, towarzysz górskich wędrówek, a lego już nie ma za nami. Wydaje mi się, że oszalałam. A jednak on daje swojej osieroconej rodzinie siłę do życia: da i nam czynną miłość, którą musimy mieć, skoro on obdarzył nas darem bezcennym darem swojej przyjaźni. Czy pójdziemy razem jego śladem? Wspominam i płaczę w samotności, z dala od mamy i Paola, nie odważam się z nikim mówić o moim bólu, bo wydawałoby mi by się profanacją, bo przecież tylko Laura, Tina, pan i Severi wiedzą, czym byliśmy dla siebie my sześcioro i jakiego rodzaju była to więź duchowa, którą on stworzył. Ale to on nas prowadził, my szliśmy za nim: czy będziemy umieli iść dalej sami, kiedy nas porzucił, wystawił na próbę? Spróbujemy, prawda? I będziemy sobie pomagali. A właściwie, to pan mi pomoże. Proszę mi wybaczyć, drogo Marco, i pomyśleć, czy miałam racją nazywając pana bratem. Ten grom, który ugodził do głębi nasze dusze, daje nam jasną świadomość naszych uczuć i naszych obowiązków. Skupmy się ciasno wokół Krzyża i kochajmy się przez pamięć jego, tak jak był jeszcze wśród nas. Może dzięki temu ujrzymy jeszcze błysk jego uśmiechu. O, dobroci, jesteś bardziej świetlista i gorętsza niż słońce, i jesteś wieczna!”.
Modlitwa różańcowa
„Frassatianum”
Nasz Patron

Bł. Piotr Jerzy Frassati
(ur. 6 IV 1901- zm. 4 VII 1925)
„Pragnąłem złożyć hołd temu młodemu człowiekowi, który potrafił w naszym stuleciu niezwykle skutecznie świadczyć o Chrystusie. Także i ja w młodości doznałem dobroczynnego wpływu jego przykładu i jako student byłem pod wrażeniem mocy jego chrześcijańskiego świadectwa”.
Jan Paweł II, Pollone 1989