Normalny człowiek i święty

         Turyn. Sobota 4 lipca 1925 roku, piękny słoneczny dzień. W rezydencji państwa Frassatich, w pokoju Pier Giorgia rozgrywa się coś wzniosłego, a jednocześnie przerażającego. Wzniosłego, bo śmierć jest dla niego spotkaniem, do którego był zawsze przygotowany, z Bogiem za którym tęsknił. Strasznego dla rodziny, bo ktoś z bliskich odchodzi na Tamten Drugi Brzeg.

         Ojciec, Alfredo, senator i były ambasador Włoch w Berlinie, stoi odwrócony do ściany i płacze. Matka Adelajda malarka, skoncentrowana na sobie, teraz odważyła się zwrócić uwagę na syna. Młodsza siostra Luciana, żona dyplomaty polskiego, Jana Gawrońskiego obserwuje każde poruszenie brata, czuła na jego ewentualne potrzeby. Jest zdruzgotana.

         A on, pogodzony z tym, co wkrótce nastąpi, nie myśli o sobie. Zresztą nigdy nie potrafił tego robić. Mając doskonałą pozycję społeczną, pieniądze, urodę, zdrowie..., nie umiał żyć dla siebie. Miał w sobie tak wiele, zarażającego innych humoru. Jako dusza towarzystwa, odznaczał się dużym talentem organizacyjnym. Był doskonałym alpinistą, pływakiem, jeźdźcem konnym, założycielem Towarzystwa Ciemnych Typów, mających wspomagać się duchowo, wysportowanym silnym człowiekiem, który teraz leży sparaliżowany i całkowicie uzależniony od innych.   

Prosi Lucianę o podanie kurtki, w kieszeniach której znajdowało się mnóstwo różnych karteczek. Chciał jeszcze załatwić kilka spraw swoich podopiecznych, biedaków i nędzarzy z przedmieść Turynu. Trzeba dostarczyć lekarstwa, wykupić kwit lombardowy... Choroba go zaskoczyła i nie zdążył wszystkiego zrobić. A przecież mógł się spodziewać, że całując te brudne i chore dzieciaki, którym zanosił paczki do cuchnących nor, może się zarazić każdą chorobą.   

I tak się stało. Zaatakował go paraliż dziecięcy. Pan Bóg chciał go już zabrać do Siebie, skoro szczepionka mogąca uratować jego życie, z powodu złych warunków atmosferycznych, nie dotarła w odpowiednim czasie. Pier Giorgio dojrzał już do nieba.

         Zgromadzona przy nim rodzina, niewiele wiedziała jak żył i co robił. Ich drogi były zbyt różne. Ona żyła wystawnie, w dobrobycie. A Pier Giorgio, jak żebrak, bez lira w kieszeni. Miała świadomość, że kończy studia inżynieryjne, że ma grono przyjaciół, z którymi modlił się, pracował w charytatywnej Konferencji świętego Wincentego, wędrował po górach, walczył o sprawiedliwość społeczną... Z pewnością nie wiedziała o jego udziale w kilkunastu różnych organizacjach, zarówno religijnych, jak i politycznych. Nie domyśliła się, że miał dziewczynę – Laurę, do której miłość musiał ukrywać i w końcu z niej zrezygnować, ponieważ pochodziła ze sfery, której rodzina nigdy by nie zaakceptowała. Ojciec, narzucając mu pracę w redakcji słynnej gazety La Stampa, której był właścicielem, nie wiedział, że syn chce pracować pod ziemią z górnikami, czyli z tymi których praca była najtrudniejsza. Dobrze też, że do świadomości rodziny nie docierało, jego codzienne uczestnictwo we Mszy świętej i przyjmowanie Komunii świętej, ponieważ nigdy nie chciała mieć syna bigota. Nie wiadomo, co sądziła o jego powrotach do domu nad ranem, bo przecież nie wiedziała, że uczestniczył wtedy w nocnych adoracjach Najświętszego Sakramentu.

         Ojciec był zgorszony, widząc syna wracającego do domu bez marynarki lub w kapciach pożyczonych od kolegi, bo swoją odzież oddał spotkanemu biedakowi. Matkę denerwowały jego nieustanne spóźniania się na wspólny obiad, bo nie wiedziała, że Pier Giorgio nie miał pieniędzy na tramwaj.

         Ale teraz uwaga wszystkich koncentruje się na ratowaniu jego dwudziestoczteroletniego życia. Prawdopodobnie nareszcie nie mają do niego już żadnych pretensji.

          Matka trzymała głowę syna, siostra rękę, ojciec wreszcie odważył zbliżyć się do łóżka, stale szlochając.

Kiedy na zegarze wybiła godzina siódma Luciana odczuła lekki uścisk dłoni brata. To było pożegnanie.

         Dopiero podczas pogrzebu Pier Giorgia rodzina, patrząc na tłumy zebrane na ulicy, zrozumiała kim był jej syn. Obok ludzi zamożnych stali biedacy i nędzarze. Prawie wszyscy płakali. Kto teraz da im tę radosną i czystą miłość, której tak bardzo potrzebowali?

          Papież Jan Paweł II, zafascynowany postacią tego młodego studenta i związany z nim duchowo, dokonał jego beatyfikacji 20 maja 1990 roku w Rzymie.


Teresa Jankowska

Modlitwa różańcowa

„Frassatianum”

Nasz Patron

 

 

 

 Bł. Piotr Jerzy Frassati

(ur. 6 IV 1901- zm. 4 VII 1925)

 

 

 „Pragnąłem złożyć hołd temu młodemu człowiekowi, który potrafił w naszym stuleciu niezwykle skutecznie świadczyć o Chrystusie. Także i ja w młodości doznałem dobroczynnego wpływu jego przykładu i jako student byłem pod wrażeniem mocy jego chrześcijańskiego świadectwa”.

 

Jan Paweł II, Pollone 1989